Władysław Sulecki (1931–2004)

Był górnikiem dołowym kopalni „Gliwice” w Gliwicach, mężem i ojcem trzech córek. Cechowała go głęboka religijność i niechęć do systemu komunistycznego. Konsekwentne, odważne głoszenie własnego światopoglądu, przekonań politycznych i społecznych nie ułatwiało mu życia i pracy w PRL. Osoba Suleckiego nie pasowała do lansowanego przez oficjalną propagandę wizerunku robotnika ślepo oddanego rządzącej partii. Władze uznały go więc za element niepewny, a z czasem wroga, którego niezależną aktywność przez lata zwalczały na różne sposoby. Wreszcie postanowiły się go pozbyć z kraju i ostatecznie zamiar ten zrealizowały, zmuszając go do emigracji.

Jak sam relacjonował, „moja sprawa zaczęła się dawno, w 1960 r., gdy broniłem przed zniszczeniem krzyż przy klasztorze franciszkanów”. 24 czerwca 1960 r. rzeczywiście doszło w Gliwicach do demonstracji ulicznej w obronie krzyża ustawionego wcześniej przez parafian kościoła p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Krzyż wmurowany na terenie przykościelnego placu przy ul. Hutniczej, gdzie planowano wybudować nową świątynię, władze usunęły jako obiekt postawiony bez ich zgody. Wywołało to ostre protesty zarówno parafian, jak i pracowników pobliskich zakładów pracy. „Włączyłem się w akcję obrony krzyża – wspominał Sulecki – Apelowałem do ludzi, żeby krzyża bronili, a do robotników, żeby go nie ruszali”. Sulecki był jednym z najbardziej aktywnych demonstrantów. W jednym z zachowanych dokumentów dochodzeniowo-śledczych czytamy, że „mimo wezwania go do opuszczenia zbiegowiska nie tylko, że zbiegowiska nie opuścił, ale zebrał wokół siebie grupę ludzi, którą namawiał do nie opuszczania zbiegowiska czytając im na poparcie swego stanowiska art. 70 Konstytucji, a także kartkę o treści »żądamy wolności Kościoła«”. Swoje zaangażowanie przypłacił dwumiesięcznym aresztem, ale okoliczność ta zamiast go złamać, raczej utwierdziła go w przekonaniu, że występował w słusznej sprawie. Stąd też z czasem próbował nawiązać korespondencyjny kontakt m.in. z Radiem Wolna Europa oraz polską emigracją na Zachodzie. W listach zwracał uwagę na prześladowania Kościoła w PRL, brak swobód obywatelskich i ciężką sytuację robotników, zwłaszcza górników. Problemy te Sulecki podnosił także w miejscu pracy – w rozmowach z innymi górnikami kopalni „Gliwice”. Tym samym zwrócił na siebie uwagę Służby Bezpieczeństwa, w której zainteresowaniu stale już w zasadzie pozostawał. Wydawało się, że zastosowane przez nią środki: rewizja mieszkania, zarekwirowanie notatek i kompletowanej z trudem „zakazanej” literatury historycznej, zatrzymanie na 48 godzin, rozmowy ostrzegawcze, skutecznie zniechęcą „niepokornego”. Sulecki miał jednak jeszcze nie raz zaskoczyć funkcjonariuszy swoją inwencją. Tak było chociażby 25 sierpnia 1966 r., kiedy przypadkowo dowiedział się o śmierci gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” i spontanicznie oddał hołd byłemu dowódcy Armii Krajowej, Naczelnemu Wodzowi PSZ na Zachodzie i premierowi rządu RP, wywieszając w oknie swojego mieszkania przy ul. Królewskiej Tamy w Gliwicach flagę w barwach narodowych z wymalowaną kotwicą – symbolem Polski Walczącej i literami AK. Został za to zatrzymany. Ta forma represji miała stać się dla Suleckiego „chlebem powszednim”. Wspominał, że „wszystkie dni 1 maja i 22 lipca spędzałem w areszcie”. Na ile jednak pozwalały mu okoliczności, tj. na ile udawało mu się „urwać” SB i milicji, Sulecki nadal starał się być aktywny. Tak było chociażby w maju 1966 r. podczas uroczystości milenijnych na Jasnej Górze, dokąd udał się z przygotowanym wcześniej transparentem, czy w marcu 1968 r., kiedy to uczestniczył demonstracjach ulicznych.

Nie powinno więc dziwić, że w okresie ważnych dla władzy wydarzeń starano się zwracać na Suleckiego szczególną uwagę. Tak było m.in. w czasie przygotowań, a także podczas samego VII Zjazdu PZPR w grudniu 1975 r., a już pół roku później jego nazwisko znalazło się na liście osób, które z różnych powodów władze uznały za niepewne politycznie i w okresie planowanej „operacji cenowej” (podwyżki cen) powołały na specjalne „ćwiczenia wojskowe”. Był to rodzaj prewencyjnego odosobnienia potencjalnych liderów strajków czy demonstracji.

Po Czerwcu 1976 r. i powstaniu Komitetu Obrony Robotników Sulecki z własnej inicjatywy nawiązał kontakt z jego działaczami. Od 1977 r. był już jego współpracownikiem, zajmując się m.in. kolportażem wydawanych przez Komitet materiałów i wydawnictw, ale też próbując pozyskać dla KOR-u nowych współpracowników na terenie województwa katowickiego. Z czasem Sulecki starał się rozpowszechniać także materiały i prasę Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Studenckich Komitetów Solidarności. Nie było to jednak łatwe z uwagi na nasilające się represje, z pobiciami włącznie. Mimo to, po rozpoczęciu wydawania we wrześniu 1977 r. dwutygodnika „Robotnik”, Sulecki został jego współpracownikiem. Jego nazwisko i adres domowy pojawiły się już w stopce redakcyjnej drugiego numeru pisma. Jan Lityński wspominał, że Sulecki „uparł się, żeby być w stopce. Myśmy [redakcja, przyp. J.N.] się bardzo tego bali ze względu na ewentualne represje, ale Władek miał rzeczywiście dobre kontakty na Śląsku i przywoził mnóstwo informacji”. Odwoływały się one głównie do konkretnych przykładów z kopalni „Gliwice”. Wzrastające zaangażowanie w działalność opozycyjną przyniosło jednak kolejne represje i szykany. Nasiliły się one zwłaszcza po tym, jak w lutym 1978 r. z inicjatywy Kazimierza Świtonia założył wraz z nim i kilkoma innymi osobami Komitet Pracowniczy Wolnych Związków Zawodowych w Katowicach – pierwszą w PRL niezależną od władz organizację związkową. Ceną były kolejne szykany w pracy, zatrzymania, pobicia, a także prześladowanie przez funkcjonariuszy SB i MO żony i córek. Najbardziej dotkliwe były dla Suleckiego zwłaszcza represje wobec dzieci. Józef Ruszar, działacz katolicki, związany z krakowskim SKS, współpracownik KOR, korespondent i kolporter „Robotnika” wspominał: „Pamiętam taką sytuację, że przywieźliśmy bibułę do Suleckiego i jego nie było. Jak milicjanci się do nas dorwali, mnie nie bili, tylko bili te dziewczynki”. Do tego dochodziły długotrwałe i wielostronne naciski SB na to, aby Suleccy wyemigrowali do Niemiec Zachodnich, gdzie mieszkała już rodzina żony Władysława. Presja była tak silna, że wreszcie postanowiła ona wraz z córkami wyjechać z Polski na stałe. Nie chcąc rozłączać się z rodziną, na wyjazd zdecydował się także Sulecki. Jednocześnie jednak wysłał do Przewodniczącego Rady Państwa skargę, w której m.in. podkreślał, że jako Polak nie chce z kraju wyjeżdżać i jego decyzja o emigracji została na nim wymuszona. Władysław Sulecki opuścił kraj wraz z rodziną 4 marca 1979 r. Osiadł w Hagen w Zagłębiu Ruhry, pracował w jednej z tamtejszych kopalń. Zmarł 16 grudnia 2004 r.

dr Jarosław Neja

Źródła cytatów:

IPN Ka, 03/452, streszczenie sprawy 3 Ds. 643/60 i 3 Ds. 636/60 dot. udziału w zbiegowisku publicznym w Gliwicach, Katowice, 7 VII 1960 r., k. 37.

Co nam zostało z tych lat … Opozycja polityczna 1976–1980 z dzisiejszej perspektywy, red. J. Eisler, Warszawa 2003, s. 152.

Niepokorni. Rozmowy o Komitecie Obrony Robotników. Relacje członków i współpracowników Komitetu Obrony Robotników zebrane w 1981 roku przez Andrzeja Friszke i Andrzeja Paczkowskiego, zredagował M. Okoński przy współpracy M. Szklarczyka, przypisami opatrzył A. Friszke, Kraków 2008, s. 384–385.

Sulecki Wł., Praca i życie robotnika w PRL. Trzecie Przesłuchanie im. Sacharowa, Augsburg 1979, s. 7.

Sulecki Wł., Czarna owca z wilczym biletem, oprac. A. Dyrko, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2008, nr 4, s. 91.