Władysław Sulecki, Praca i życie robotnika w PRL, Wydawnictwo Komitetu Solidarności z Wolnymi Związkowcami w Polsce, Augsburg 1979

 Świadectwo łamania praw człowieka i robotnika w Polskiej Republice[1] Ludowej, złożone 26 września 1979 r. na Trzecim Przesłuchaniu im. Andrieja Sacharowa w Waszyngtonie.

 Jestem niezależnym działaczem robotniczym, z zawodu górnikiem z dwudziestoletnim stażem pracy pod ziemią. Jestem wierzącym i praktykującym katolikiem. Gdy po szkole- zawodowej dostałem pracę w kopalni, znalazłem się w trudnej sytuacji: wymagano ode mnie dobrej pracy, a jednocześnie domagano się, abym się wyrzekł lub ukrywał swoje przekonania. Zauważyłem, że ci, którzy w kopalni rządzili, usiłowali traktować górników jak niewolników partii komunistycznej. Najwyższą władzą na kopalni był komitet zakładowy partii, który w wielu sprawach stawiał się ponad dyrekcją. Kto pozwolił sobie na kwestionowanie stanowiska tego komitetu lub miał zastrzeżenia wobec polityki PZPR, ten narażał się od razu na przesunięcie do gorszej i gorzej wynagradzanej pracy. Sam tego doświadczyłem.

Dewizą rządów partyjnych na kopalni było: największe wydobycia bez względu na warunki pracy, bez oglądania się na ustawę o higienie i bezpieczeństwie pracy. Kodeks pracy ma w Polsce znaczenie „papierowe”. Administracja kopalni i fabryk stosuje się do jego postanowień tylko wówczas, gdy nie stoi on na przeszkodzie w wykonywaniu central, niewyznaczonego planu produkcji. Jeśli wykonanie jest zagrożone, postanowienia kodeksu pracy w kąt.

Kodeks mówi na przykład o zabezpieczeniu przez pracodawcę zdrowych i bezpiecznych warunków pracy. Tymczasem na kopalni przepisy o higienie i bezpieczeństwie pracy są na każdym kroku lekceważone. Warunki pracy są trudne, pokłady niskie, występuje niebezpieczeństwo gazów i tąpnięć (obrywania się skały) i bardzo wysokie zapylenie. Rejon wydobycia skrapiany jest wodą. Górnicy wiedzą, że w innych krajach używa się skuteczniejszych środków przeciwpyłowych, odpowiednich chemikaliów i należytej wentylacji, ale Komitet Partyjny na kopalni „Gliwice” lekceważy te żądania. Na skutek tego rozpowszechniona jest szeroko pylica płuc i zagrożenie pylicą. Według mojej obserwacji, na XII oddziale kopalni „Gliwice” pylica męczyła chyba co drugiego górnika, a podejrzenie pylicy występowało u reszty zatrudnionych. Jest to kopalnia o marnym wyposażeniu technicznym, ale takich jest w Polsce jeszcze dużo. Gościom z zagranicy pokazywane są tylko kopalnie wzorowe.

Do chorób gnębiących górników na szeroką, skalę zaliczam choroby żołądka – wskutek złego wyżywienia, reumatyzm, choroby serca – konsekwencja pracy w złych warunkach i przy stałym przemęczeniu. Kodeks pracy mówi o poszanowaniu ustawowego czasu pracy – podstawowe 46 godzin tygodniowo, a przy systemie czterobrygadowym (praca na trzy zmiany) – 40 godzin tygodniowo. Ustawowo ilość nadliczbowych godzin pracy nie może wynosić więcej niż 120 na rok. W praktyce w kopalniach władze zupełnie się z tymi postanowieniami nie liczą. Górnicy przodowi pracują przeważnie „na okrągło”, tj. bez odpoczynku, pracują w niedziele i święta. W latach 1978 i 1979 było ustawowo po 6 planowych niedziel w roku. Traktowane są one jako obowiązkowe dni pracy. Ponadto stosuje się tzw. „niedziele werbowane”: oznacza to zapisywanie górników na niedzielne i świąteczne, szychty. Formalnie jest to dobrowolne, ale odmawiający „prac werbowanych” zapisywani są na „czarne listy” i kierowani do gorszej i gorzej płatnej pracy, by „nie dawali złego przykładu”.

W systemie pracy w PRL liczy się tylko górnik czy robotnik zdrowy i silny, górnik chory i wyeksploatowany idzie na szmelc. Nie mam danych liczbowych, ale wiadomo mi, że bardzo wielu górników odchodzi w sile wieku na renty chorobowe. Czterdziestoletni górnik to człowiek zniszczony fizycznie.

Życie rodzinne górników pracujących w niedziele i święta jest żałosne. Górnik nie ma czasu ani siły dla rodziny. Górnik polski żyje naprawdę tylko jeden miesiąc w roku, gdy ma urlop. Pozostałe 11 miesięcy pracuje i wyczerpany śpi. To samo dotyczy techników i inżynierów zatrudnionych w górnictwie. Ich również stale pogania plan i partia. Średni dozór techniczny i przodowi górnicy należą często do partii. Takie są w Polsce stosunki, że inaczej ciężko byłoby im utrzymać dobrze płatne stanowiska. Ale i oni partii komunistycznej szczerze nienawidzą. Należą do partii tylko dla pieniędzy. Przeciętny górnik zarabia najczęściej dwa razy więcej, niż przeciętny robotnik, ale wcześniej ma zniszczone zdrowie i umiera wcześniej. Górnicy polscy wiedzą, że za lepsze zarobki płacą zdrowiem.

O ciemnych stronach życia górników prasa komunistyczna nie informuje. Prasa ma również zakaz opisywania katastrof górniczych inaczej niż procentowo. Odmawiając górnikom i robotnikom ciężkiego przemysłu podstawowych praw obywatelskich, rząd komunistyczny traktuje ich jak partyjną własność. Nie pozwala się robotnikom na Śląsku tworzyć własnych organizacji.

Przedstawicielstwo załóg w kopalniach, hutach i fabrykach jest narzędziem w rękach władzy. Wszędzie istnieją urzędowe związki zawodowe. Ale te związki mają strukturę pionową. Ustawione są na baczność przed władzą, a tyłem do robotników. Należą do nich prawie wszyscy robotnicy, bo organizacjom związkowym władzo powierzyły rozdzielanie różnych świadczeń pracowniczych: przydziałów na wczasy, mieszkań, pożyczek, opiniowanie przy różnych podaniach i prośbach itp. W tych warunkach robotnik znajduje się w zależności od urzędowego związku zawodowego. Nie może on wybierać swoich przedstawicieli. Na zebraniach związkowych kandydaci do władz zgłaszani są z góry. Z sali regulamin pozwala na zgłoszenie tylko 15 proc. kandydatów. Wszystko jest wyreżyserowane przez etatowych funkcjonariuszy związanych z aparatem partyjnym i administracyjnym. Jeśli czasem załogi wybiorą do rad zakładowych sensownych ludzi, dbających o człowieka pracy, to po krótkim czasie administracja komunistyczna wywiera na tych ludzi nacisk, przerabia ich po swojemu lub po prostu wypycha ze stanowisk. Władze centralne nie chcą mieć w zakładach pracy przedstawicielstwa załóg związanego z robotnikami. Dążą zawsze do obsadzania stanowisk związkowych funkcjonariuszami zaprzedanymi partii.

W sprawach wolnych związków zawodowych i pisma „Robotnik” jeździłem trochę po kraju, więc mogłem zaobserwować, jak trudne życie mają pracownicy wszystkich zawodów. W Łodzi np. robotnice w wieku 35 lat są już zniszczonymi kobietami. Uświadomiłem to sobie w pełni, gdy znalazłem się na Zachodzie i zobaczyłem inne życie ludzi pracy. Złe warunki życia robotników, lekceważenie praw człowieka przez władze komunistyczne, gospodarcza nieudolność tych władz, a także zakłamanie urzędowych związków zawodowych – doprowadziły ludzi do konieczności tworzenia terenowych ośrodków wzajemnego zaufania i do zakładania komórek wolnych związków zawodowych. Ludzie w Polsce nie chcą dłużej godzić się biernie z tym co mają. Dlatego powołali do życia ruch samoobrony społecznej i wolne związki zawodowe.

Widziałem po czerwcu 1976 r. krzywdę takich ludzi jak ja. Za udział w strajkach spotkały ich represje ze strony milicji i Służby Bezpieczeństwa. Widziałem zrozpaczonych robotników powyrzucanych z pracy z „wilczym biletem”. Nie chciano przyjmować ich do innych fabryk i kopalń. Widziałem tragedię ich rodzin. Widziałem ich głodne dzieci, karmione przez sąsiadów. Słyszałem o przywódcach strajku, których milicja uwięziła, na których sądy w Warszawie i Radomiu wydały surowe wyroki wieloletniego więzienia. Robotników i górników oburzało bierne zachowanie urzędowych związków zawodowych.

Wtedy rozeszła się wiadomość, że w Warszawie powstał niezależny Komitet Obrony Robotników, założony przez intelektualistów, naukowców, pisarzy i ludzi dobrej woli. Postanowiłem od razu szukać kontaktu z tym Komitetem i podtrzymać jego działalność wśród górników. Udałem się do Warszawy. Tam wśród wiernych w jednym z kościołów dopytałem się o KOR. Znalazłem się na pozycjach niezależnej walki o prawa człowieka, poszanowania ludzi pracy i o demokrację w moim kraju. Jak inni postanowiłem czynić użytek z Karty Praw Człowieka, którą komunistyczne władze Polski podpisały. Postanowiłem wykorzystać wolnościowe postanowienia konstytucji PRL i robiłem, co mogłem, by w moim otoczeniu serio traktowano ustawowe prawo pracy.

W kilka miesięcy po nawiązaniu kontaktu z KOR-em, po rozmowach i naradach z myślącymi podobnie do mnie niezależnymi działaczami ze Śląska i Krakowa, założyliśmy 23 lutego 1978 r. Komitet Wolnych Związków Zawodowych w Katowicach. Największy rozgłos spośród działaczy tego Komitetu zdobył sobie najczęściej prześladowany przez milicję Kazimierz Świtoń z Katowic. Pisała o nim dużo prasa wolnościowa w Polsce, która nie uznaje cenzury. Pisała o nim prasa światowa. Powtórzę tylko, że był wielokrotnie aresztowany i dwa razy skazany na parę miesięcy więzienia, zawsze pod fałszywym oskarżeniem. Miał i ma w domu nieustannie rewizje. Krzywda spotyka jego rodzinę. Organizowano na niego napady, których sprawców milicja nigdy nie wykryła. Szargano jego dobre imię. Gdy odwiedzałem Świtonia w Katowicach, prawie zawsze byłem zatrzymywany przez milicję i rewidowany. Zabierali mi niezależne wydawnictwa: „Robotnika”, komunikaty i biuletyny KSS KOR, „Głos” i inne. Mam przy sobie dwa pokwitowania „zajęcia” takich wydawnictw. Nachodzili stale moje mieszkanie, urządzali rewizje, zakładali podsłuch. Straszyli moją żonę. Kiedy wyjeżdżałem z Gliwic, zawsze pilnowali mnie szpicle. Zawsze musiałem ich zmylić. W kopalni mieli nakaz, żeby o każdym moim kroku, chorobach czy urlopach zawiadamiać zaraz milicję. Na bramie byłem zawsze surowo rewidowany. Dawali mi pracę tylko na drugiej zmianie „B”. żebym miał więcej trudności przy spotykaniu się z górnikami. Kolportowałem „Robotnika”. Jednych numerów po pięćset egzemplarzy, innych nawet po tysiąc.

Byłem dwukrotnie pobity przez „nieznanych sprawców”. W sierpniu 1978 r. napadli mnie na ul. Robotniczej, a w maju 1978 r. napadła mnie bojówka w moim mieszkaniu. Oba razy pobili do utraty przytomności Z mieszkania ciągnęli mnie za włosy do radiowozu.

W pierwszej połowie sierpnia był u mnie w domu członek KSS KOR. Zaraz tylnym wejściem wyprowadziłem go. Chwilę później była milicja z rewizją. Przewrócili całe mieszkanie. Gdy po spotkaniu wracałem o drugiej w nocy, napadło mnie w sieni trzech drabów. Zacząłem krzyczeć „Bandyci! Terroryści!”. Chcieli mnie wyciągnąć z sieni do samochodu. Byli wyszkoleni. Zadawali ciosy „karate”. Byli w czarnych skafandrach. Jeden nosił ciemne okulary. Gdy w sieni zrobił się rumor i zaczęli wychodzić sąsiedzi, zostawili mnie i uciekli.

Pobicie mnie na ulicy opisane było w „Robotniku”. W oświadczeniu KSS KOR było przedstawione, jakimi to sposobami milicja wymuszała na mojej żonie i rodzinie, by zgodziła się na wyjazd do Niemiec. W nocy malowali nam okna czerwoną farbą. Zalewali drzwi i sień nieczystościami. Nie dali nawet spokoju córkom w szkole. Partyjni nauczyciele traktowali je gorzej niż innych uczniów. Starszą córkę wzywano na milicję. Oficer milicji ze Służby Bezpieczeństwa, który stale mnie kontrolował, porucznik Janusz Ryszkiewicz, nie dawał spokoju mojej żonie. Stale podburzał ją przeciwko mnie. Obiecywał jej, że przeniesie mnie na lepszą pracę, jeśli zerwę z KSS KOR-em i wolnymi związkami zawodowymi. Mówił, że wypłacą mi potrącone premie.

Pracę miałem przez ostatnie lata bardzo ciężką i najgorzej płatną. Za kontakt z KSS KOR mnie, górnika strzałowego, przenieśli na prace pomocnicze. Musiałem pracować po kolana w wodzie, na osobności. Zarabiałem prawie trzy razy mniej, niż koledzy na przodku – zamiast 11 000 zł tylko do 4 000 zł na miesiąc. Potrącania premii też były bezprawne. Jest taki regulamin, że gdy górnik nie przyjdzie jednego dnia do pracy, to traci miesięczną premię. Gdy ma więcej niż dwa dni opuszczone bez zwolnienia lekarskiego w roku to traci część albo całą premię roczną. Kiedy mnie zatrzymywała milicja na 32 albo więcej godzin, od razu traciłem prawo do premii.

To samo stosowali do innych robotników i górników trzymających z KSS KOR i popierających wolne związki zawodowe. Rewidowali szafki w pracy. Zalepiali cementem kłódki w szafkach. Na wszystkie sposoby szykanowali.

Moja sprawa zaczęła się dawno, w 1960 r., gdy broniłem przed zniszczeniem krzyż przy klasztorze franciszkanów [w Gliwicach]. Za obronę tego krzyża przed milicją, która go usuwała, pod oskarżeniem, że nie usłuchałem władzy i robiłem zbiegowisko, zastałem skazany na dwa miesiące aresztu. Od tamtej pory byłem stale źle traktowany. Mieszkania też mi nie dali [takiego], jakie się górnikowi należało. Mam zaświadczenie na piśmie z kopalni „Gliwice”, z pieczątką. Mieszkałem w jednym pokoju i kuchni, w stałej wilgoci, z całą pięcioosobową rodziną. Jak poszedłem do rady zakładowej w kopalni i mówiłem, że należy mi się lepsze mieszkanie, jako ciężko pracującemu górnikowi, usłyszałem: „Z takimi poglądami powinniście mieszkać w barakach”.

Porucznik Ryszkiewicz z MO obiecywał mi mieszkanie i lepsze warunki pracy, ale chciał ze mnie zrobić swojego agenta w kopalni. Domagał się ode mnie, żebym zerwał z intelektualistami z KSS KOR. Obrońców robotników nazywał elementami „asocjalnymi”. Te rozmowy z moim dozorcą z milicji Ryszkiewiczem pokazywały, że milicja rządzi w kopalni, że robi z ludźmi co chce. Przed podwyżką cen, którą po strajku w 1976 r. partia odwołała, wcześniej takich jak ja zabierali niby to „na ćwiczenia” do wojska. Mnie zabrali do wojska 19 czerwca 1976 r., na pięć dni przed podwyżką cen. Trzymali trzy miesiące. Żadnych ćwiczeń nie było. Trzymali mnie razem z adwokatami, inżynierami, studentami w Tursku. Była to V kompania czołgów, ale naszą „bronią” były: kilof, łopata i siekiera. Po każdym powrocie z urlopu czy wyjazdu poza Gliwice, zaraz przychodziła do mnie milicja i kazali się tłumaczyć gdzie byłem.

W naszej kopalni inspektor higieny i bezpieczeństwa pracy, inżynier Zając, kontrolował lekarzy w przychodni przy dawaniu górnikom zwolnień z pracy. Było wiele takich wypadków, że później chorzy upadali przy pracy pod ziemią. Zdarzały się też przy pracy zgony na serce. W zeszłym roku był wypadek, że górnik, któremu lekarz odmówił zwolnienia z pracy, zaraz po wyjściu z przychodni upadł i zmarł.

Mordercze dla górników są przedłużone szychty po dwanaście godzin. Niby to „werbowane”. Są takie w Gliwicach, po trzy w miesiącu. Ludzie po tych szychtach padają z nóg. Przy obliczaniu premii górniczych często są oszustwa. Partyjny związek zawodowy nie broni pokrzywdzonych górników. Na moim wydziale zdarzały się wypadki, że wykonano na ścianie 124% zadania, a w administracji policzyli, że było tylko 50%. Reklamacje nie pomagały. Jak była w kopalni duża awaria głównej taśmy transmisyjnej (SKIB) i cała kopalnia stanęła, to odwołali drugą i trzecią zmianę, ale górnikom, którzy nie przyszli do pracy, zrobili potrącenia z wypłaty.

W styczniu 1979 r. podejmowałem akcję w obronie kolegi działacza, Kazimierza Świtonia. Kiedy jeździłem do innych miast, byłem aż siedem razy zatrzymywany przez milicję i bezprawnie przetrzymywany w areszcie. Robotnik w Polsce wie, że pod rządami komunistycznej PZPR prawo jest dla władzy, nie dla ludzi pracy! Nawet prawo do pracy. Inspektorzy nie przerywają produkcji, gdy widzą, że łamane są przepisy BHP. W kopalniach, w cementowniach, w koksowniach zapylenie przekracza parokrotnie dopuszczalne normy. W fabrykach chemicznych zagęszczenie szkodliwych dla zdrowia trujących wyziewów jest na porządku dziennym.

Jako doświadczony górnik wiem, że warunki pracy w kopalniach i fabrykach mogłyby być w Polsce dużo lepsze, gdyby władze pilnowały własnych przepisów o bezpieczeństwie pracy. Ale władze pilnują robotników, jak nakazuje partia. O rządach robotniczych pisze się w Polsce w gazetach, ale w fabrykach i kopalniach rządzą nie robotnicy, tylko funkcjonariusze partyjni. Odmawiają oni robotnikom prawa zabierania głosu, a wymagają, aby ludzie głosowali tylko na nich. Do związków, do rad narodowych w województwach, do sejmu – wszędzie dobierani są tacy ludzie, którzy nisko się władzy kłaniają. W sejmie w Warszawie zasiada kilkudziesięciu robotników, ale żaden nigdy nie zabrał głosu w obronie szykanowanych przez milicję ludzi pracy. Żaden nie upomniał się o sprawiedliwe płace i przyzwoite traktowanie ludzi ciężko pracujących. Kodeks Pracy też wprowadzono bez dyskusji z robotnikami i tak ułożono, by każde prawo przyznane robotnikowi miało zastrzeżenia. By obok inne prawo o obowiązkach było dla robotnika batem. Kodeks Pracy nie zabrania robotnikom w Polsce strajkować, ale strajkujących bije milicja, która ma własne prawa.

[1] Tak w oryginale.